Działacze KIiP ustalili, że grupą zawodową najbardziej narażoną na represje w postaci zwolnienia z pracy byli nauczyciele.[1] Jednocześnie przy rozwiązywaniu umowy o pracę często nie podawano prawdziwego uzasadnienia dotyczącego poglądów politycznych (choć zdarzały się i takie). Stosowano taktykę działania, sugerując, że dana osoba jest niekompetentna. Zwolnienie odwlekano w czasie w ten sposób, że poszkodowany nie był w stanie udowodnić, że bezpośrednim powodem był udział np. w manifestacji lub zebraniu. Tym, którym na tym zależało potrafili dopiec ludziom o nieodpowiednich ich zdaniem poglądach. Starano się wytworzyć wrażenie, że dany człowiek zwyczajnie nie nadaje się do tej pracy, którą wykonywał przez kilka, a niekiedy kilkanaście lat. Wówczas trudno było tym ludziom wykazać, że poddani byli jakimś represjom. Bo właściwie represji jako takich nie było. Zwolnienia z pracy zdarzają się. Dlaczego akurat zwolniono człowieka, który dobrze wykonywał swój zawód? Na takie pytania próżno było szukać odpowiedzi. Jedyna wina takiego człowieka, było niekiedy to, że wspominał przy różnych okazjach o nie nagłaśnianych oficjalnie faktach historycznych. Jeśli gorliwie zabierał dzieci na wycieczki, wyjaśniając im przy okazji jakąś sprawę, był to już wystarczający powód, aby się narazić. Takich ludzi można nazwać bohaterami dnia codziennego. Nie byli szalonymi działaczami opozycyjnymi, tylko dobrze wykonywali swoją pracę.[2]
Przykładem może być postać mgr Wiesława Stojanowskiego, którego w lipcu 1985 roku zwolniono z pracy w Liceum im. Marii Konopnickiej w Suwałkach. Przez kilka lat nie mógł znaleźć pracy. Utrzymywał się z dorywczych prac fizycznych, próbował prowadzić działalność gospodarczą. Nie pomagały odwołania do Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze Oświaty i Wychowania. Urząd Miasta w Suwałkach sprawę zatrudnienia tego nauczyciela próbował rozwiązać w osobliwy sposób. Zaproponowano mu podjęcie pracy w jednej ze szkół pod warunkiem podjęcia jej od 5 stycznia 1987 roku, wysyłając jednocześnie pismo w dniu 16 lutego 1987 roku. SB nachodziło go pod różnymi pretekstami, np. poszukiwanie sprzętu rehabilitacyjnego skradzionego z pobli-skiej przychodni.[3]
W innych przypadkach proponowano pracę na normalnych warunkach, ale w odległych miejscach, lub taką, gdzie zdolności i umiejętności danego człowieka nie miały żadnych możliwości rozwoju. Takimi metodami dręczono ludzi. Sprawy podobne były rzadko nagłaśniane, bo trudno było doszukać się w nich czegoś szczególnego. Dola tych ludzi wpływała bardzo źle na ich kondycję psychiczną. Ten wypróbowany przez SB i stosowany w tym okresie sposób działania dotykał w zasadzie wszystkie grupy zawodowe. W podobnej sytuacji znalazł się M. Kulecki pracując jako stróż.[4] Andrzej Karyś z Kielc po wyjściu z więzienia przez długi okres czasu nie mógł znaleźć pracy.[5]
Formy działania SB wobec zwykłych przyzwoitych obywateli były bardzo uciążliwe. Nic więc dziwnego, że nie widzieli oni w kraju perspektyw dla siebie. Pragnęli rozwijać się i godnie żyć. Chcieli wyjechać za granicę. To było trudne z wielu względów. Nie było łatwo podjąć decyzji, aby zaczynać wszystko od początku. Poza tym był problem natury formalnej. Przeszkody w uzyskaniu paszportu bulwersowały również tych, którzy dla dobra rozwoju nauki w naszym kraju, chcieli zapoznawać się z osiągnięciami zachodnimi. To dla nich szczególnie absurdalne wydawały się uzasadnienia, że nie mogą uzyskać paszportu, ponieważ przemawia za tym „(…) wzgląd na bezpieczeństwo Państwa, obronność, ochrony tajemnicy państwowej, albo, gdy może to narazić gospodarkę państwową na znaczne straty …”.[6] Wysyłano listy pełne oburzenia do najwyższych władz państwowych. Zarzucano m.in. gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, że sam odbywa podróże zagraniczne, odmawiając tego prawa innym. Jeden z takich listów podpisało w grudniu 1986 roku 25 osób, pracowników naukowych i literatów z Wrocławia.[7]
Innym problemem była kwestia aklimatyzacji za granicą. Na zachodzie bardzo wyraźnie żądano od ludzi, którzy wyjeżdżali bardzo bohaterskich życiorysów. Ludzie ci często takich nie posiadali. Pracownicy zachodnich ambasad zachowywali się tak, jakby pomylił okresy historyczne, które odeszły już w zapomnienie, Druga połowa lat osiemdziesiątych, a zwłaszcza rok 1987 i 1988, to nie była epoka stalinowska. Szukanie wśród ludzi zgłaszających chęć wyjazdu kwalifikowanych represji, to było generalne niezrozumienie problemu polskiego bohatera dnia codziennego. Uczciwego człowieka, któremu zatruto życie nachodzeniem, na które nie miał żadnego pisemnego dowodu. Blizn na ciele również nie posiadał.[8]
Jeżeli taki człowiek znany był w lokalnym środowisku, mimo, że nie siedział w więzieniu, ani nie był zatrzymywany, a członkowie KIiP mogli poświadczyć, to człowiekowi takiemu zwykle łatwiej było udzielać pomocy przez zachodnie agendy. Podobne trudności miał miał Ryszard Tomtas, który wyjechał w maju 1988 roku. Państwo Romaszewscy wspólnie z Marianem Kuleckim pomagali je przezwyciężyć. Odbywali w tym celu liczne spotkania z pracownikami ambasady amerykańskiej.[9]
Dzień 8 maja 1989 roku godzina 1645 okazał się tragiczny w skutkach dla Andrzeja Szozdy mieszkańca Skarżyska-Kamiennej. Został on porwany z przystanku autobusowego przy ul. Sokolej i wciągnięty przez dwóch funkcjonariuszy MO do milicyjnej „Nysy”. Następnie pobity i pozostawiony w Izbie Wytrzeźwień, za co musiał zapłacić 4 500 złotych. Jeden z funkcjo-nariuszy w czasie akacji nie przebierał w słowach, używając zwrotu: „jednego już wykończyłem, pora na ciebie.” Można to uznać jako wyraz świadomości bezkarności własnych działań funkcjonariuszy. W wyniku zaistniałych okoliczności A. Szozda znalazł się w szpitalu z poważnymi obrażeniami wewnętrznymi. Rok wcześniej, w październiku 1988, prawdopodobnie w wyniku pomyłki pobity został jego brat Henryk – bliźniaczo podobny, który wylądował w szpitalu z epilepsją pourazową i zaburzeniami wzroku.
Próby dochodzenia swoich praw przez A. Szozdę wpisane były zapewne w scenariusz bezprawia. WUSW nie przyjęło jego doniesienia o pobiciu odsyłając go do komendy w Skarżysku-Kamiennej. Na uwagę zasługuje postawa prokuratora, który powiedział, że A. Szozda „niepotrzebnie afiszuje się taki pobity”.[10] Należy domniemać, że zawiezienia A. Szozdy do Izby Wytrzeźwień stanowiło próbę zdyskredytowania go jako osoby nietrzeźwej, a także próbę usprawiedliwienia brutalnych i bezprawnych działań. Lekarz w Izbie Wytrzeźwień kazał zwolnić go jako trzeźwego udzielając mu wcześniej pierwszej pomocy.[11]
[1] „Prawo i bezprawie” 1987, nr 11, s.3.
[2] Relacja Z. Romaszewskiej w zbiorach autora.
[3] „Prawo i bezprawie”, 1987, nr 11/1987, s.27.
[4] Relacja Ryszarda Tontasa, w zbiorach autora.
[5] „KOS”, 1988, nr 3/133, s.8.
[6] „Prawo i bezprawie”, 1987, nr 4, s.26
[7] Tamże.
[8] Relacja Z. Romaszewskiego w zbiorach autora.
[9] Relacje M. Kuleckiego w zbiorach autora.
[10] Informacja KIiP 1989, 22 maja 1989, nr 74.
[11] Relacja M. Kuleckiego w zbiorach autora.