Obrona w procesach politycznych w PRL

5/5 - (1 vote)

Obrona w procesach politycznych było dla adwokata w PRL-u naprawdę niewdzięcznym zajęciem. Stąd niewielka liczb tych, którzy parali się tym zajęciem. Jednak ci, którzy rozważyli wszystkie „za i przeciw” i zdecydowali się bronić w takich procesach, starali się robić to dobrze. Wyroki natomiast to osobna kwestia, w nieznacznej tylko części od nich zależna. Adwokat taki na ogół nie był oficjalnie szykanowany, ale docierano do niego konfidencjonalnymi kawałami i niejednokrotnie sugerowano mu, że będzie skończony jako prawnik itp.[1]

Piotr Andrzejewski, adwokat z Warszawy, od 1981 do 1985 roku dostał cztery kary dyscyplinarne. Ściągnął na siebie uwagę Ministra Sprawiedliwości, któremu nie podobało się zaangażowanie adwokata w sprawy swoich klientów. Jednym z nich był Adam Słomka, działacz KPN. Piotr Andrzejewski mając na uwadze warunki więzienne, które miały niekorzystny wpływ na zdrowie jego klienta, zwracał się do Prezesa Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, ten natomiast przekazał sprawę Ministrowi Sprawiedliwości. Minister zarzucał mu, że „korzystając w wykonywaniu zawodu z wolności słowa i pisma nie zachował odpowiedniego umiaru i oględności i uznał to za naruszenie etyki zawodowej. Adam Słomka czekał na wizytę u lekarza około półtora miesiąca, a po dokładnych badaniach okazało się, że cierpi na zaawansowaną gruźlicę płuc. Ten fakt spowodował, że A. Słomkę umieszczono w szpitalu więziennym, w celi wilgotnej, z grzybem na ścianach. Zabiegi adwokata, aby jego klient przebywał w humanitarnych warunkach, zakończyły się niepowodzeniem. Adwokat ponownie został ukarany.[2]

Znalezienie pomocy prawnej było kwestią o zasadniczym znaczeniu. Wielu miastach w Polsce trudno było znaleźć adwokata, który chciałby bronić w procesach politycznych. Gdy istniała taka potrzeba do Stalowej Woli przywożono adwokatów z Warszawy. Nawet tak dużym mieście, jak Poznań, znalezienie chętnego do współpracy w podobnej sprawie adwokata było prawdziwym szczęściem. Na Śląsku bronił Leszek Piotrowski, w Krakowie również była opieka prawnicza. Kielce natomiast na mapie Polski wyróżniały się znacznie, bo działało tu aż czterech chętnych do współpracy, czynnych zawodowo adwokatów. Byli to Edward Rzepka, Wojciech Czech, Kazimierz Ujazdowski oraz radca prawny Kurii Diecezjalnej w Kielcach Jerzy Stępień.

W znacznie większych od Kielc miastach, gdzie było znacznie więcej działaczy opozycyjnych, brak cienia oparcia w adwokatach powodował, że wszelki opór dławiono niewyszukanymi metodami, nagannie przy tym łamiąc prawo.[3]

Zanim więc powstała KIiP, wykorzystując klimat polityczny, w szcze-gólnych regionach i środowiskach znane były nazwiska osób, które mogłyby stanąć w obronie szeroko rozumianej praworządności. Byli to już nie tylko prawnicy, ale także ci, którzy zasiadali w procesach na ławie oskarżonych, i którzy zachowywali się na nich z godnością. Działacze opozycyjni jeździli nawet do odległych miast, aby znaleźć się na takim procesie. Pomagano wszystkim, czy to formalnie w załatwianiu spraw urzędowych, czy też prowadząc swoistą edukacje prawniczą, ucząc podstawowych praw obywatelskich obecnych w polskim prawie oraz przepisów obowiązujących w organach ścigania.[4]

Ta linia działania zbieżna była z akcją prasy opozycyjnej, która regularnie prowadziła rubryki z poradami prawnymi.[5] Wiele osób nie wie-działo, jak mają się zachować, gdy zostaną zatrzymani. Ta forma wykorzystywana była najczęściej jako prewencyjny sposób rozprawiania się z niepokornymi. Aresztowanie stosowano już w przypadku poważniejszych zarzutów. W takiej sytuacji pomocne mogły okazać się wskazówki, czego należy oczekiwać od organów prowadzących sprawę. Rodzinie aresztowanego radzono, aby od prokuratora żądała: numeru sprawy oraz określenia zarzutu postawionego aresztowanemu. Wiedza o tym, o jakiej treści przedstawić podanie i do kogo adresować, na początku aresztowania ułatwiała wiele spraw, nie wszyscy bowiem wiedzieli, że należy napisać podanie do prokuratora, aby dostarczyć paczkę higieniczną aresztowanemu albo lekarstwa, czy też zwykłą paczkę żywnościową. Nie wszyscy również wiedzieli, że listy do aresztu należy sygnować imieniem ojca aresztowanego, jeśli do aresztowanego list taki miał dotrzeć.[6] Te kwestie nie zawsze były znane rodzinie człowieka, który celowo lub też czasem zupełnie przypadkowo przenosił ulotkę opozycyjną bądź posiadał w domu podejrzane pozycje drukowane w drugim obiegu.[7]


[1] Relacja E. Rzepki w zbiorach autora.

[2] Prawo i bezprawie, 1986, nr 2, s.19-20.

[3] Relacja Z. Romaszewskiej w zbiorach autora.

[4] Relacja E. Rzepki w zbiorach autora.

[5] Zob.: „Tygodnik Mazowsze”, „Prawo i bezprawie”, „Paragraf” z lat 1985-1989.

[6] Prawo i bezprawie, 1986, nr 1, s.5.

[7] Zob. sprawa Z. Zająca, s.38.

Dodaj komentarz