Obrona w procesach politycznych w PRL

5/5 - (1 vote)

Obrona w procesach politycznych było dla adwokata w PRL-u naprawdę niewdzięcznym zajęciem. Stąd niewielka liczb tych, którzy parali się tym zajęciem. Jednak ci, którzy rozważyli wszystkie „za i przeciw” i zdecydowali się bronić w takich procesach, starali się robić to dobrze. Wyroki natomiast to osobna kwestia, w nieznacznej tylko części od nich zależna. Adwokat taki na ogół nie był oficjalnie szykanowany, ale docierano do niego konfidencjonalnymi kawałami i niejednokrotnie sugerowano mu, że będzie skończony jako prawnik itp.[1]

Piotr Andrzejewski, adwokat z Warszawy, od 1981 do 1985 roku dostał cztery kary dyscyplinarne. Ściągnął na siebie uwagę Ministra Sprawiedliwości, któremu nie podobało się zaangażowanie adwokata w sprawy swoich klientów. Jednym z nich był Adam Słomka, działacz KPN. Piotr Andrzejewski mając na uwadze warunki więzienne, które miały niekorzystny wpływ na zdrowie jego klienta, zwracał się do Prezesa Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, ten natomiast przekazał sprawę Ministrowi Sprawiedliwości. Minister zarzucał mu, że „korzystając w wykonywaniu zawodu z wolności słowa i pisma nie zachował odpowiedniego umiaru i oględności i uznał to za naruszenie etyki zawodowej. Adam Słomka czekał na wizytę u lekarza około półtora miesiąca, a po dokładnych badaniach okazało się, że cierpi na zaawansowaną gruźlicę płuc. Ten fakt spowodował, że A. Słomkę umieszczono w szpitalu więziennym, w celi wilgotnej, z grzybem na ścianach. Zabiegi adwokata, aby jego klient przebywał w humanitarnych warunkach, zakończyły się niepowodzeniem. Adwokat ponownie został ukarany.[2]

Znalezienie pomocy prawnej było kwestią o zasadniczym znaczeniu. Wielu miastach w Polsce trudno było znaleźć adwokata, który chciałby bronić w procesach politycznych. Gdy istniała taka potrzeba do Stalowej Woli przywożono adwokatów z Warszawy. Nawet tak dużym mieście, jak Poznań, znalezienie chętnego do współpracy w podobnej sprawie adwokata było prawdziwym szczęściem. Na Śląsku bronił Leszek Piotrowski, w Krakowie również była opieka prawnicza. Kielce natomiast na mapie Polski wyróżniały się znacznie, bo działało tu aż czterech chętnych do współpracy, czynnych zawodowo adwokatów. Byli to Edward Rzepka, Wojciech Czech, Kazimierz Ujazdowski oraz radca prawny Kurii Diecezjalnej w Kielcach Jerzy Stępień.

W znacznie większych od Kielc miastach, gdzie było znacznie więcej działaczy opozycyjnych, brak cienia oparcia w adwokatach powodował, że wszelki opór dławiono niewyszukanymi metodami, nagannie przy tym łamiąc prawo.[3]

Zanim więc powstała KIiP, wykorzystując klimat polityczny, w szcze-gólnych regionach i środowiskach znane były nazwiska osób, które mogłyby stanąć w obronie szeroko rozumianej praworządności. Byli to już nie tylko prawnicy, ale także ci, którzy zasiadali w procesach na ławie oskarżonych, i którzy zachowywali się na nich z godnością. Działacze opozycyjni jeździli nawet do odległych miast, aby znaleźć się na takim procesie. Pomagano wszystkim, czy to formalnie w załatwianiu spraw urzędowych, czy też prowadząc swoistą edukacje prawniczą, ucząc podstawowych praw obywatelskich obecnych w polskim prawie oraz przepisów obowiązujących w organach ścigania.[4]

Ta linia działania zbieżna była z akcją prasy opozycyjnej, która regularnie prowadziła rubryki z poradami prawnymi.[5] Wiele osób nie wie-działo, jak mają się zachować, gdy zostaną zatrzymani. Ta forma wykorzystywana była najczęściej jako prewencyjny sposób rozprawiania się z niepokornymi. Aresztowanie stosowano już w przypadku poważniejszych zarzutów. W takiej sytuacji pomocne mogły okazać się wskazówki, czego należy oczekiwać od organów prowadzących sprawę. Rodzinie aresztowanego radzono, aby od prokuratora żądała: numeru sprawy oraz określenia zarzutu postawionego aresztowanemu. Wiedza o tym, o jakiej treści przedstawić podanie i do kogo adresować, na początku aresztowania ułatwiała wiele spraw, nie wszyscy bowiem wiedzieli, że należy napisać podanie do prokuratora, aby dostarczyć paczkę higieniczną aresztowanemu albo lekarstwa, czy też zwykłą paczkę żywnościową. Nie wszyscy również wiedzieli, że listy do aresztu należy sygnować imieniem ojca aresztowanego, jeśli do aresztowanego list taki miał dotrzeć.[6] Te kwestie nie zawsze były znane rodzinie człowieka, który celowo lub też czasem zupełnie przypadkowo przenosił ulotkę opozycyjną bądź posiadał w domu podejrzane pozycje drukowane w drugim obiegu.[7]


[1] Relacja E. Rzepki w zbiorach autora.

[2] Prawo i bezprawie, 1986, nr 2, s.19-20.

[3] Relacja Z. Romaszewskiej w zbiorach autora.

[4] Relacja E. Rzepki w zbiorach autora.

[5] Zob.: „Tygodnik Mazowsze”, „Prawo i bezprawie”, „Paragraf” z lat 1985-1989.

[6] Prawo i bezprawie, 1986, nr 1, s.5.

[7] Zob. sprawa Z. Zająca, s.38.

Przypadki aresztowań z powodów politycznych

5/5 - (1 vote)

Przypadki aresztowań z powodów politycznych obsadzane były przez grupę kieleckich adwokatów, wprawdzie nieliczną, ale nadrabiającą to rzetelnością i zaangażowaniem. Do grupy tej należeli: Edward Rzepka, Wojciech Czech, Kazimierz Ujazdowski.[1] Obrona w procesach politycznych nie należała do najwdzięczniejszych, ale ważniejsze była etyka i własny światopogląd. Osoby te na bieżąco znały przypadki naciągania, naginania i łamania prawa. Gdy tylko nastąpiło aresztowanie, rozpoczynano działalność obrończą. W tym celu adwokat zgłaszał się do odpowiednich instancji albo do prokuratury, albo do WUSW z pełnomocnictwem do kogoś z rodziny. Zwykle najważniejsze było odwiedzenie tej osoby w więzieniu. Pozwolenia na ogół były wydawane.[2]

Gdy minęło trzy miesiące aresztu Prokurator Wojewódzki wydawał postanowienie o przedłużeniu tymczasowego aresztowania w stosunku do oskarżonych W stosunku do M. Kuleckiego w dniu 24 września 1985 roku przedłużono areszt do dnia 1 października 1985 roku. W uzasadnieniu podano powody jak w uzasadnieniu aresztowania oraz, że „(…) śledztwa w tej sprawie z uwagi na zlecone ekspertyzy specjalistyczne nie zdołano zakończyć w ciągu trzech miesięcy (…) nie ustały przyczyny, które zadecydowały o tym środku zapobiegawczym”. Wniosek podpisał Prokurator Wojewódzki Tadeusz Chrzan, widnieje również na nim pieczęć wice prokuratora M. Lechowskiego.[3]

Gdy dokonywano aresztowania rodziło się pytanie, jak ma poradzić sobie rodzina zatrzymanego. Odpowiedzi w postaci bezpośredniej pomocy dostarczyli życzliwi ludzie. Wiara, że działają w słusznej sprawie, zjednywała im sympatyków, choć nie obce były również przypadki wrogości. Częste były jeszcze w stanie wojennym przypadki potajemnych zbiórek pieniędzy i przekazywanie ich rodzinom internowanym.[4] W tym przypadku z pomocą pospieszył Mieczysław Woźniak, udzielając pomocy rodzinie M. Kuleckiego, który pozostawił żonę wraz z małoletnimi dziećmi.[5] Przedłużający się areszt z oczywistych względów przyczynił się do pogłębienia niekorzystnej sytuacji materialnej rodzin, wobec czego obrońcy oskarżonych wnieśli w kwietniu 1986 roku o uchylenie aresztu tymczasowego.

Sędzia Sądu Rejonowego M. Gajek przy udziale wice prokuratora rejonowego Sławomira Niemczyka wydał w odpowiedzi na wniosek obrony postanowienie dnia 16 czerwca 1986 roku, w którym wniosku nie uwzględnia i areszt utrzymuje w mocy. W uzasadnieniu sąd podał, że zgadza się, że choć czasowy pobyt w areszcie przedłużył się i ma to z pewnością niekorzystny wpływ na sytuację rodzinną, „to jednak sytuacja ta nie pociąga wyjątkowo ciężkich skutków (…)”. Istotnym czynnikiem w tym względzie według sądu miał być fakt, że termin rozprawy wyznaczono na dzień 02 lipca 1986 roku.[6]

Proces ten zwany potocznie sprawą KOS-a przyczynił się do skomplikowania życia osobistego części oskarżonych. Niektóre zatrzymane kolporterki nie wytrzymywały presji i denuncjowały współoskarżonych. Sprawa była jeszcze bardziej dramatyczna, gdy brat jednego z wielu oskarżonych zeznawał na niekorzyść brata. Było prawdopodobne, że osoba obciążająca własnego brata była dorywczym współpracownikiem SB.[7] W trakcie postępowania procesowego krążyły pogłoski o możliwości zwolnienia wszystkich więźniów do końca 1986 roku. Nawet sędzia prowadzący sprawy stwierdził, że należy wstrzymać się z wyrokiem w związku z taką możliwością.[8]

U jednego z oskarżonych Łucji Pańszczyk zakwestionowano pozycję „Rok 20” M. Kukiela o wojnie polsko-bolszewickiej. Praca ta wydana była w systemie powielaczowym. Zakwestionowana w toku przeszukań w roku 1985 niebawem stała się ogólnie dostępna. Sprawdził to Edward Rzepka rozsyłając pisma z zapytaniem do bibliotek w całym kraju z uzasadnieniem, że wiadomość ta potrzebna jest jako argument w procesie politycznym. Odzew był zdumiewający. Do mecenasa Edwarda Rzepki dzwonili pracownicy bibliotek, instytutów naukowych w różnych, nieraz zaskakujących porach, z zapytaniem jak mogą pomóc. W efekcie w dyspozycji Edward Rzepki znalazł się pokaźny plik zaświadczeń wraz ze stosownymi pieczęciami, że praca M. Kukiela „Rok 20” jest w dyspozycji biblioteki i jako taka jest powszechnie dostępna. E. Rzepka przekazując zaświadczenia argumentował, że przecież o wiele taniej i co ważne, bezpieczniej, byłoby iść do biblioteki i zrobić po prostu kopię tej pracy. Czy zatem fakt, że oskarżeni wykonali ją na powielaczu ma świadczyć na ich niekorzyść. Argument ten wywołał konsternację zarówno sądu jak i oskarżycieli.[9].


[1] Relacje M. Kuleckiego, A. Karysia, S. Gawlika, J. Spolitaka.

[2] Relacja E. Rzepka

[3] Decyzja Prokuratury Wojewódzkiej w Kielcach, Sygn. akt DSN 90/85/KI, kopia w zbiorach autora.

[4] Relacja Tadeusza Wosia

[5] Relacja M. Kuleckiego

[6] Postanowienie Sądu Rejonowego w Kielcach, Sygn. akt II R/1544/85

[7] Relacja kilku osób

[8] Relacja M. Kuleckiego

[9] Relacja E. Rzepki

Listopad 1984 roku

5/5 - (1 vote)

W listopadzie 1984 roku wiadomo było, że takie komitety powstały w takich miastach, jak np. Warszawa, Kraków, Słupsk, Szczecin, Wałbrzych. J.J. Lipski był wówczas przekonany, że głównym celem komitetu jest występowanie przeciw wobec przemocy oraz zbieranie materiałów na temat aktów przemocy, a następnie ich publikacja w celu zwrócenia uwagi społeczeństwa i władzy. Różnica między KOPP a Komitetem Helsińskim i Komitetem Obrony Praworządności polegała wg. Lipskiego na jasnym charakterze działania podobnym do formuły działania KOR-u, aczkolwiek w węższym zakresie. Z osobami, które podpisały deklaracje przeprowadzono rozmowy ostrzegawcze, ale członkowie komitetów przygotowani byli na zaostrzenie represji.[1]

Pod deklaracjami tych komitetów złożyło swoje podpisy około 150 osób.[2] Intencją organizatorów było również integrowanie środowisk opozycyjnych bez monopolizowania tej formacji pod szyldem „Solidarności”, toteż w Krakowie działacze KPN zainicjowali powstanie takiego komitetu.[3] Organem prasowym tych komitetów było pismo „Praworządność”.

Zamieszczone w nim informacje donosiły o przypadkach łamania prawa i brutalności milicji. Z komunikatu nr 21[4] czytelnicy mogli dowiedzieć się o bulwersującej sprawie z województwa kieleckiego. Otóż 5 października 1985 roku około godziny 17, do autobusu na dworcu PKS w Miechowie, próbował wsiąść 22-letni pracownik PKS Jan Krawiec. Chciał wejść bez biletu, do czego miał być uprawniony. Kierowca Słota miał odmienne zdanie i nie chciał go wpuścić do autobusu. Po kłótni, która się wywiązała, kierowca zawiózł niefortunnego pasażera do Komendy Miejskiej MO przy ulicy Sienkiewicza, gdzie zajęli się nim oficerowie dyżurni Wasiak wraz z funkcjonariuszami Strzeleckim, Safirskim i czwartym milicjantem o nieustalonych personaliach. Po niespełna 2 godzinach, to jest około godziny 19, Jan Krawiec już nie żył. Następnego dnia ojciec zatrzymanego mężczyzny Stanisław, wezwany został do prokuratora Strzelca w Miechowie, od którego dowiedział się, że jego syn popełnił samobójstwo przez powieszenie. Jednocześnie odmówiono mu okazania ciała, żądając równocześnie podpisania oświadczenia, w którym zrzekłby się wszelkich pretensji do MO. Ojciec odmówił. Ciało i ubrania oddano rodzinie dopiero po sekcji zwłok.

Rodzice usuwając widoczny makijaż odkryli w obecności świadków, różne obrażenia, np. rany prawej strony głowy i okolic skroni, prawdopodobnie spowodowane uderzeniem w głowę łańcuchem lub innym metalowym przedmiotem, ślady uderzeń na piersiach i brzuchu, uderzenia w okolicy tętnicy szyjnej. Interesującym był fakt, że koledzy zmarłego zmuszeni byli do składania specjalnych oświadczeń. Milicja chciała zatrzymać kapelmistrza orkiestry PKS, biorącej udział w pogrzebie. Uroczystość odbyła się 5 listopad 1985 roku. Kondukt przeszedł głównymi ulicami Miechowa pod przewodnictwem ks. Stanisława Gila. Mimo, że władze starały się temu zapobiec pogrzeb Jana Krawca stał się swego rodzaju manifestacją. O matactwie władz świadczyć mogły opinie pracowników szpitala, którzy widzieli ciało po jego przywiezieniu do prosektorium i stwierdzili, że śmierć musiała nastąpić w wyniku licznych brutalnych obrażeń. Po przejęciu sprawy przez Prokuraturę Wojewódzką w Kielcach, prok. Plebankiewicz z Miechowa kilka dni później, tj. 25 listopada, zażądał od ojca zmarłego zdjęć potwierdzających obrażenia. Bez wątpienia nie świadczyło to o dobrej woli organów prowadzących sprawę. Pytany o ustalenia prokurator dawał do zrozumienia, że śledztwo, które i tak może trwać nawet 2 lata, to nie sprawa rodziny zmarłego. Funkcjonariusze związani z tą sprawą nie ponieśli żadnych konsekwencji. Komunikat ten, podobnie jak wiele innych, podpisało wraz z podaniem adresów w tym przypadku 21 osób. Część z nich, np. J.M. Rokita i Z. Fijak współtworzyło później Komisję Interwencji i Praworządności.

Wśród wielu organizacji[5] to właśnie spontanicznie organizowane komitety podejmowały, jako pierwszorzędną, kwestię praworządności. Mimo ich całej nieskuteczności i efemeryczności, trudno wnioskować o ich zasługach odnośnie podwalin pod późniejszą działalność KIiP. Z pewnością stanowiły echo głosu społeczeństwa domagającego się poszanowania praw człowieka.


[1] „Tygodnik Mazowsze” 1984, 29 listopada, nr 108.

[2] D. Cecuda, Leksykon …, s.45.

[3] „Tygodnik Mazowsze”, 1985, nr 119.

[4] „Praworządność”, 1986, nr 12/13, s.62-66.

[5] D. Cecuda, Leksykon.

Represje wobec działaczy Solidarności

5/5 - (1 vote)

Wobec kilku osób, które brały udział w obchodach skierowano wnioski o ukaranie do kolegium. Osób było niewiele, jak na dosyć pokaźną liczbę biorących udział we Mszy św. Rozprawy przed Kolegium ds. Wykroczeń odbywały się w różnych terminach. Jerzy Stępień kilka razy przesuwał termin rozpraw, na których mógł być obecny. Nie stawił się na rozprawę wyznaczoną na dzień 21 lipca 1988r. Jego żona wysłała pismo do WUSW w Radomiu, w którym usprawiedliwiła jego nieobecność przebywaniem na urlopie od połowy lipca do połowy sierpnia 1988 roku.[1]

Jerzy Stępień pracował wówczas w Kurii Diecezji Kieleckiej jako radca prawny. Wykonywaniem obowiązków służbowych na terenie Jeleniej Góry usprawiedliwiał swoją kolejną nieobecność na rozprawie w dniu 28 listopada 1988. Poprosił o wyznaczenie nowego terminu i zawiadomienie go z dwutygodniowym wyprzedzeniem.[2]

Również przed kieleckim kolegium prowadzona była sprawa przeciw Jerzemu Stępniowi. Na rozprawę wyznaczoną na 4 listopada 1988 roku obwiniony nie stawił się . W tym czasie był delegatem Diecezji Kieleckiej na posiedzeniu Komisji Episkopatu Polski do Spraw Trzeźwości.”[3]

Ostatecznie jednak kolegium wydało wyrok skazujący. Po ponad pół roku od zdarzenia w dniu 05 stycznia 1989 roku skład orzekający: Jerzy Kowalik, Krystyna Wojtunik, Ryszard Bujak – uznał obwinionych winnymi zarzucanych im czynów. Po wnikliwym zbadaniu całej sprawy doszli do przekonania, że Jerzy Stępień winny jest „że w dniu 25 czerwca 1988 roku w Radomiu niósł w czołowej części nielegalnej demonstracji ulicznej wieniec z szarfą koloru białego opatrzony napisem Radomskim Robotnikom Solidarność Region Świętokrzyski, organizacji prawnie zabronionej.”[4] Wyrok znalazł podstawę prawną w artykule 52a § 1. Zasadniczo uznano go winnym, ale odstąpiono od wymierzenia kary. Orzeczono przepadek szarfy i obłożono kosztami postępowania w wysokości 750 złotych.[5] Zanim odczytano wyrok Jerzy Stępień złożył oświadczenie:

„Poczytuję sobie za zaszczyt, że w 1988 roku w kolejną rocznicę Wydarzeń Radomskich znowu zaproszono mnie na uroczystość składania kwiatów pod kamieniem upamiętniającym tamta datę, i że mogłem tym samym, w imieniu mojego związku „Solidarność” i wszystkich jego członków w Regionie Świętokrzyskim, złożyć pod tym kamieniem wieniec z napisem „Solidarność”. Wyrażam jednocześnie ubolewanie, że do dnia dzisiejszego, mimo wyraźnych zapewnień i deklaracji władz, które wszyscy pamiętamy, w miejscu tym nie wzniesiono jeszcze pomnika, upamiętniającego tamte wydarzenia. Poczytuję sobie także za zaszczyt, że w dniu dzisiejszym oficjalnie mogę złożyć kolejną deklarację przynależności do „Solidarności” i wierności jej ideałom”.[6]

To i podobne oświadczenia innych oskarżonych prawdopodobnie przeciążyły na rzecz uznania winy. Prowadzących rozprawę najbardziej interesowała świadomość obwinionych, zwłaszcza co do tego, że pochód jest nielegalny. W odpowiedzi wyjaśniono, że nikt nie przypuszczał, że przejście z kwiatami, a następnie złożenie ich może być nielegalne. Obwinieni przyjechali z sąsiedniego województwa i nie do nich należało zabieganie o formalności. Poza tym zaznaczyli, że „Solidarność” jest organizacją tolerowaną, czego dowodzą prowadzone z nią rozmowy, dyskusja telewizyjna Wałęsa – Miodowicz.

Kolegium odstępując od wymierzenia kar w zasadzie powołało się na argumenty przedstawione przez obwinionych. Uznano fakt: „(…) zmian zachodzących w Polsce, w tym również zmian w stosunku władz państwowych do działalności zawieszonego związku „Solidarność”. Manifestacja mimo, że zorganizowana nielegalnie odbyła się spokojnie, bez ekscesów, ludzie zachowywali się właściwie zwyczajnie. Obwinieni nie są bohaterami, nie dokonali rzeczy niezwykłych i nie powinni być „męczennikami sprawy”, o co zabiegają. Według oceny składu orzekającego udział w delegacji składającej wieniec pod pomnikiem jest normalnym odruchem ludzkim upamiętniającym jakże liczne w naszym kraju rocznice tragicznych wydarzeń z przeszłości…” Panowie Markiewicz, Stępień i Woźniak odwołali się od decyzji do kolegium II instancji. Mimo, że odstąpiono od wymierzenia kary, samo uznanie ich za winnych było dla nich niedopuszczalne. Domagali się uniewinnienia. Ponieważ w wyroku powołano się na art. 52 § 1 kw, imputując „podejmowanie nakłaniania w celu wywołania niepokoju publicznego lub rozruchów, a także „publiczne nawoływanie do nieposłuszeństwa lub przeciwdziałania ustawie albo prawnemu zarządzeniu organu państwowego.”[7]

Uznanie ich za winnych wg tej argumentacji, a jednocześnie nieznaczne zbagatelizowanie go w uzasadnieniu było sprzecznością. Zarzucili absurdalność takiej argumentacji. Jako przykład podano naruszenie przepisów ruchu drogowego, jeżeli ktoś je złamie, to wcale nie znaczy, że nawoływał do jego powszechnego łamania. Wskazali na fakt, że na miejscu zdarzenia było dużo funkcjonariuszy MO, których podstawowym obowiązkiem jest informowanie i zapobieganie działaniom nielegalnym. Tłumaczyli dalej, że nikt ich nie poinformował, że przejście od katedry do pomnika może być nielegalne. Nie doszło do żadnych niepokojów, a więc bezzasadne było takiego oskarżenia. Zażądali również wykreślenia zdania, że domagają się aby uznano ich za męczenników. Do składu Kolegium II instancji ta argumentacja nie dotarła. Przewodniczący Daniel Czajor oraz członkowie Tadeusz Witak i Teresa Gawin utrzymali orzeczenie I instancji w mocy.[8] Było jeszcze za wcześnie na zmianę decyzji. To nie udało się w tym odwołaniu 20 lutego 1989 roku, natomiast znacznie później, bo 29 lipca tego roku zostało to załatwione inaczej. Wtedy to Kolegium Rejonowe w Radomiu pod przewodnictwem Alicji Głowackiej umorzyło postepowanie. Orzeczenie nastąpiło na podstawie ustawy z maja 1989 roku o zmianie niektórych przepisów prawa karnego, prawa o wykroczeniach.[9]


[1] Pismo do WUSW w Radomiu I-199/88, kopie w zbiorach autora.

[2] List do Kolegium ds. Wykroczeń Radom – kopia w zbiorach autora.

[3] R-96/88, List J. Stępnia do Kolegium ds. Wykroczeń w Kielcach, kopie w zbiorach autora.

[4] Decyzja Kolegium Rejonowego w Radomiu, 3459/88, kopia w zbiorach autora.

[5] Tamże.

[6] Tamże.

[7] Decyzja Kolegium ds. Wykroczeń przy Wojewodzie Radomskim 3459/88, kopia w zbiorach autora.

[8] Tamże.

[9] Decyzja Kolegium Rejonowego przy Prezydencie Miasta Radomia 2459/88, kopia w zbiorach autora.

Współpracownicy – aresztowania

5/5 - (1 vote)

z pracy magisterskiej o Solidarności

Swoją decyzję prokurator uzasadnił, że M. Kulecki mógł posiadać przedmioty pochodzące z kradzieży, wobec tego przeszukanie było uzasadnione. Postanowienie o przeszukaniu, jak również o zatrzymaniu przedmiotów włączono do akt.[1] W sentencji obu uzasadnień nie wyjaśniono kwestii zasadności zatrzymania przedmiotów w widoczny sposób, nie związanych przecież z kradzieżami samochodów i do sklepu „Unitra”. Czy funkcjonariuszy szukających kół samochodowych lub przedmiotów ze sklepu ze sprzętem elektronicznym na półkach z książkami i w teczkach z zapisanymi kartkami należy podejrzewać o skrajną ignorancję? Wynikało to raczej ze wzrostu poczucia bezkarności, świadomość dużych możliwości działania w granicach prawa, dużej bezkarności własnej, jako przedstawiciela tego prawa. Sprawa użycia odpowiedniego pretekstu do dokonania przeszukania nie należały do najistotniejszych w pracy organów ścigania. Nie przykładano również szczególnej uwagi do wydawania pokwitowań, zdarzały się bowiem przypadki rekwirowania przedmiotów bez wydawania stosownego zaświadczenia.[2]

Poczynania funkcjonariuszy SB i MO posunięte były czasem do skrajnych form znęcania się, takich jak szczucie psami i maltretowanie. Zabieranie nie tylko rzeczy wg nich niedozwolonych, ale przy okazji także takich, które w danym momencie wydawały im się pożyteczne dla nich, magnetofony, maszyny do pisania, radioodbiorniki.[3] O takich przedmiotach w każdej chwili można było powiedzieć, że służą nielegalnej działalności.

Jeśli porównać system restrykcji, jaki panował w Polsce, do tego, jaki był w innych krajach, to i tak Polska wypadała nienajgorzej. W Rumunii np. za-broniono dekretem Rady Państwa „(…) wynajmowania bądź pożyczania maszyn do pisania. Każdy posiadacz maszyny do pisania musi uzyskać specjalne zezwolenie milicji, które może być wydane po wcześniejszym złożeniu podania (…). w razie zmiany adresu posiadacz maszyny do pisania powinien sam zgłosić nowy adres na milicję w ciągu 5 dni.”[4]

Jaskrawym przykładem bezkarności funkcjonariuszy SB jest przypadek z drugiego krańca Polski, dotyczący kapitana Henryka Radomskiego ze Starga-rdu Gdańskiego. Tenże 6 listopada 1983 roku będąc w stanie nietrzeźwym, kierując samochodem potrącił Jana Makiłę powodując kalectwo jego prawej ręki, następnie zbiegł z miejsca zdarzenia. Milicja reagując na powiadomienie odnalazła sprawcę stwierdzając 2.6 promila alkoholu we krwi. Jednak dla proku-ratury nie był to wystarczający argument, albowiem odmówiono wszczęcia śledztwa, a całą sprawę umorzono na mocy amnestii, o której wiadomo, że nie obejmowała wypadków po pijanemu. Zdeterminowany Jan Makiła zaskarżył decyzję do Sądu Rejonowego.[5]

Dbałość o morale wśród funkcjonariuszy pozostawiała wiele do życzenia. Budzić grozę może fakt, że w szeregi formacji milicyjnych mogli dostać się mordercy, jako przykład można podać Romana Młotarskiego z Jeleniej Góry, który był skazany w 1971 roku na piętnaście lat więzienia za zabójstwo młodej nauczycielki. W 1981 roku został przyjęty do ZOMO.[6] Ludzie zajmujący się działalnością podziemną szeroko rozumianą czy nawet tylko czytaniem w zaciszu domowym ulotek opozycyjnych, do których docierały informacje z różnych regionów Polski musieli rozumieć powagę sytuacji.

Przeszukania u M. Kuleckiego były częścią szerzej zakrojonej akcji skierowanej przeciwko Komitetowi Oporu Społecznego, który wydawał edycję regionalną pisma ogólnopolskiego KOS CDN. Trzon organizacyjny tworzyła bardzo nieliczna grupa osób, która musiała praktycznie wykorzystać wszystkie czynności związane z wydawaniem pisma, a następnie kolportowaniem go wśród osób chętnych do jego nabycia. Tą grupą kierował Andrzej Karyś. Pracowano w tak zwanych ruchomych drukarniach. Było to częścią taktyki konspiracyjnej, która polegała na wynajmowaniu pomieszczeń na jedną noc, przeprowadzeniu całego procesu technologicznego, a następnie zwrócenie pomieszczenia. W interesie właściciela było, nie informowanie go o celu wynajęcia. Teksty podpisywano tak zwanymi chodzącymi pseudonimami, aby uniknąć dekonspiracji. Różne teksty podpisywano różnymi pseudonimami starając się jednocześnie zachować trzon stylistyczny kolejno drukowanych tekstów. Wiedziano bowiem o istnieniu w Służbie Bezpieczeństwa wydziału analiz wszystkich konspiracyjnych pism. Pracowali tam wykształceni ludzie, którzy z osób przez siebie inwigilowanych potrafili wyalienować tych, którzy byli autorami danego tekstu. W celu uniknięcia rozpracowania często zmieniano pseudonimy dopasowując do tonu i stylu artykułów, w zależności od potrzeby zatrzymywano przy danej osobie korespondujący z redakcją jeden pseudonim przez dłuższy czas.[7]

Samo podejrzenie mogło spowodować dokonanie przeszukania. Znaleziono w trakcie jednej z nich tekst podpisany „Jodła ze Skarżyska”. W celu ustalenia autora wszystkich podejrzanych wzywano do RUSW w Kielcach, gdzie kazano pisać różnego rodzaju oświadczenia. Chodziło o rozpracowanie grafologiczne wszystkich znalezionych tekstów. Po dopełnieniu czynności operacyjnych aresztowano kilka osób. Dużo więcej niż rzeczywiście brało udział w pracach grupy wydającej świętokrzyską edycję KOS-a, CDN. Głównymi oskarżonymi byli Andrzej Karyś, Marian Kulecki, Łucja Pańszczyk, Bogdan Migas oraz kilka innych osób. Przeciek nastąpił prawdopodobnie w kilku miejscach. Zatrzymana kolporterka nie wytrzymała presji. Nastąpiły kolejne przeszukania, w tym m.in. u B. Migasa, u którego znaleziono z kolei materiały obciążające M. Kuleckiego, tj. list do redakcji.[8]

Wszyscy zostali aresztowani w podobnym czasie i na podstawie podobnych oskarżeń. M. Kuleckiego zatrzymano 25 czerwca 1985 roku, a w dniu 27 czerwca 1985 roku Sławomira Niemczyna. Podprokurator postanowił o jego tymczasowym aresztowaniu. Był on podejrzany m.in. o popełnienie przestępstwa przewidzianego w art. 273 § 2 k.k.[9] w. zw. z. art. 1 k.k. i art. 271 § 1 k.k.[10] i art. 282 a § 1 k.k.[11] w zw. z art. 10 § 2 k.k. W uzasadnieniu podano, że: „ w okresie od lipca 1984 roku do czerwca 1985 roku w Skarżysku Kamiennej sporządził i przekazał w celu rozpowszechniania za pośrednictwem nielegalnych wydawnictw o nazwach „ CDN”, „WIS” i innych, pisma zawierające treści wyszydzające ustrój oraz fałszywe wiadomości mogące wyrządzić poważną szkodę interesom Polski Rzeczypospolitej Ludowej, a nadto stanowiące działanie w celu wywołania niepokoju publicznego lub rozruchów”.[12]

Zastosowanie aresztu uzasadniono faktem, że „stopień społecznego niebezpieczeństwa czynu zarzucanego podejrzanemu jest znaczny z uwagi na poważne naruszenie porządku publicznego”[13]. Zawiadomiono rodzinę oraz zakład pracy. Aresztowania nie zakończyły procesu zbierania dowodów. Rewizji dokonywano nadal, podczas jednej z nich podporucznik Marcin Markiewicz zabrał od Marcelego Kuleckiego[14] maszynę do pisania typ „Erika” nr fabr. 1306861.[15] Fakt, że maszyna była stara, a także argumenty żony Kuleckiego być może sprawiły, że została ona zwrócona.


[1] Kopia wniosku-zatwierdzenia RUSW w Skarżysku-Kamiennej Nr RSD 173/84 w zbiorach autora.

[2] Relacja Edwarda Rzepki w zbiorach autora.

[3] „Prawo i bezprawie” 1989, nr 5, s.14.

[4] Cyt. za: „Tygodnik Mazowsze”, 3 IV 1986r., nr 165.

[5] „Tygodnik Mazowsze” 1985, 8 sierpnia, nr 121.

[6] „Tygodnik Mazowsze” 1985, 8 sierpnia, nr 137.

[7] Relacja Andrzeja Karysia w zbiorach autora.

[8] Relacja Mariana Kuleckiego, uważa on to za wypadek przy pracy i nikogo nie obwinia za swoje aresztowanie.

[9] „Kto w celu rozpowszechniania sporządza, gromadzi, przechowuje, przewozi, przenosi lub przesyła pismo, druk, nagranie, film lub inny przedmiot (…) podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5. Kodeks …, s.91.

[10] „Kto dopuszcza się czynu określonego w art. 270-272 używając druku lub innego środka masowej informacji podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10, Tamże.

[11] Zob.: s. 8.

[12] Decyzja Prokuratury Rejonowej w Kielcach, Sygn. akt 1.Ds.1444/85/s kopia w zbiorach autora.

[13] Tamże.

[14] Tj. ojca Mariana Kuleckiego.

[15] Pokwitowanie RUSW w zbiorach autora.