Kampania wyborcza Andrzeja Leppera w roku 2010 w Internecie

5/5 - (6 votes)

Przewodniczący Samoobrony RP zaprezentował bezapelacyjnie najgorszą stronę internetową (kw-andrzejaleppera.pl). Najwyraźniej Andrzej Lepper uznał, że aktywność w sieci nie jest najważniejsza i jego witryna przybrała bardziej charakter elektronicznej wizytówki, niż dobrze zorganizowanego serwisu informacyjnego (Rysunek 16). Już sam wygląd strony WWW kojarzył się z prostą, szablonową kreacją na miarę ucznia informatyki w gimnazjum a nie profesjonalnego webmastera. W nagłówku strony niemalże ironicznie uśmiechał się do odwiedzających sam Andrzej Lepper, bardzo sztucznie naklejony na tło Pałacu Prezydenckiego. Pozytywnym aspektem witryny było dodanie logo macierzystej partii w prawej części nagłówka i jest to jedyny taki przypadek na dziesięć analizowanych stron.

Rysunek 16. Strona WWW kandydata na Prezydenta RP – Andrzeja Leppera.

Źródło: kw-andrzejaleppera.pl (15.06.2010).

Nieskomplikowany charakter witryny sprawił, że nawigowanie po niej było zadaniem bardzo łatwym, choć umieszczenie w głównym menu linków do zewnętrznych stron, nie wyświetlanych w nowym oknie, powodowało ucieczkę z serwisu. Za ergonomię strona otrzymała ocenę 4,15, za układ funkcjonalny 3,7, zaś za elementy techniczne 3,99 (w sumie na płaszczyźnie funkcjonalnej – ocena 11,84).

O ile, pod względem funkcjonalnym, strona Andrzeja Leppera prezentowała się względnie, to w aspekcie marketingowym była prawdziwą katastrofą – suma sum ważonych wyniosła jedynie 5,97 na 20 możliwych! Jedyne, co można było tam zobaczyć, to zarys programu i biografię kandydata, przeniesienie do bloga, skład komitetu wyborczego i dane teleadresowe. Stronie nadano zbyt skomplikowany adres i niewłaściwie wypozycjonowano. Karygodne jest ograniczenie aktualności wyborczych do jednej linijki tekstu, informującej o zarejestrowaniu kandydatury Andrzeja Leppera w wyborach, która nie zmieniła się przez cały czas trwania kampanii.

Prawne aspekty wybuchu wojny w Kosowie

5/5 - (6 votes)

Działania militarne NATO podjęte przeciwko Jugosławii zasadniczo wpłynęły na stan polityki światowej i porządek międzynarodowy. Sprawa ta należała do bardzo poważnych, bo od zakończenia drugiej wojny światowej w Europie nie było międzynarodowego konfliktu zbrojnego.

Naloty NATO na Jugosławię poza aspektami politycznymi, militarnymi i humanitarnymi wiążą się z bardzo poważnymi problemami natury prawnej. Ocena interwencji NATO nie jest pod tym względem jednoznaczna. Działania władz Jugosławii w Kosowie łamią wiele zasad Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku. oraz zawartych w międzynarodowym Pakcie Praw Obywatelskich i Politycznych z 1966 roku. Wśród zignorowanych postanowień Deklaracji wymienić trzeba: prawo do życia, wolności i bezpieczeństwa (art. 3), zakaz poddawania ludzi okrutnemu albo upokarzającemu traktowaniu (art. 5), zakaz dyskryminacji (art. 7), zakaz wygnania z kraju jego mieszkańców (art. 9), prawo wyboru miejsca zamieszkiwania (art. 13), zakaz arbitralnego pozbawiania obywatelstwa (art. 15), prawo własności (art. 17). Trudno zresztą byłoby wskazać takie ujęte w Deklaracji reguły, których nie naruszono przy okazji czystek etnicznych w Kosowie.

W podobny sposób cytować i komentować można liczne pogwałcone przepisy Paktu. Działania w Kosowie były przez jugosłowiańskie władze usprawiedliwiane koniecznością przeciwstawienia się albańskiej irredencie. Jednakże wykorzystanie uznanego przez Pakt prawa państwa do samoobrony przed tego typu zagrożeniami musi odpowiadać rzeczywistemu natężeniu niebezpieczeństwa i nie może stać się pretekstem do dokonywania aktów niweczących prawa lub wolności człowieka ujęte w Pakcie (art. 4 i 5).

Kwestią podlegającą rozbieżnym ocenom jest natomiast to, czy jakiekolwiek państwo lub organizacja militarna – w tym przypadku NATO – mogło, powołując się na masowe i brutalne naruszenia praw obywateli przez legalnie ustanowione władze suwerennego państwa, podjąć przeciwko temu państwu interwencję zbrojną bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ i z oczywistym pogwałceniem Karty Narodów Zjednoczonych. Karta przyznaje w art. 42 (Rozdział VII) Radzie Bezpieczeństwa ONZ prawo „przeprowadzenia akcji wojskowej – siłami powietrznymi, morskimi i lądowymi – jaką uzna za konieczną do utrzymania lub przywrócenia międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Akcja ta może obejmować demonstracje, blokadę i inne operacje sił zbrojnych, powietrznych, morskich lub lądowych członków Organizacji Narodów Zjednoczonych”.

W pełni uzasadniona była też teza, że konflikt w Kosowie stanowił zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Rada Bezpieczeństwa mogła więc podjąć decyzję o przeprowadzeniu tu akcji zbrojnej nakierowanej na powstrzymanie serbskich czystek etnicznych. Jednakże konieczne było w tym celu uzyskanie zgody wielkich mocarstw. Sprawa zgody na tę akcję nie została postawiona na forum Rady, a państwa NATO podjęły decyzję o interwencji samodzielnie.

Jugosławia nie dokonała aktu agresji przeciw jakiemukolwiek państwu należącemu do NATO. Tak więc nie mógł być uruchomiony system ich wspólnej obrony przewidziany w art. 5 i 6 Traktatu Waszyngtońskiego z 1949 roku. Traktat ten zresztą (art. 7) potwierdza „szczególną odpowiedzialność Rady Bezpieczeństwa za utrzymanie międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”.

Zdania wśród specjalistów na temat tego, czy złamane zostało prawo międzynarodowe, były i są podzielone. Jedni stoją na stanowisku – pogląd ten zdaje się dominować – że jakkolwiek poczynania Sojuszu Północnoatlantyckiego miały solidarne uzasadnienie natury moralnej i politycznej, to doszło tu do pogwałcenia obowiązującego prawa międzynarodowego, które nie przewiduje możliwości zastosowania siły zbrojnej wobec państwa poza systemem Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz bez upoważnienia i mandatu Rady Bezpieczeństwa. Zdanie to podzielało wielu znanych ekspertów prawa międzynarodowego na czele z prof. Zdzisławem Galickim z Instytutu Prawa Międzynarodowego Uniwersytetu Warszawskiego. Akcję NATO oceniał on jako działanie pozaprawne, gdyż jego zdaniem „prawo międzynarodowe nie daje żadnych podstaw do jej podjęcia. Wyłączna odpowiedzialność za podjęcie decyzji o zastosowaniu siły w celu rozwiązania problemów międzynarodowych spoczywa na Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Prawo pozytywne wyraźnie określa, że jedynie Rada ma kompetencje tam, gdzie w grę wchodzi zastosowanie sankcji zbrojnych. Mówi o tym Karta Narodów Zjednoczonych. Rada Bezpieczeństwa może upoważnić inne kraje czy organizacje do działania w jej imieniu, ale w tym wypadku tego nie uczyniła.”

Inni z kolei utrzymują, iż w imię uniwersalizmu zasady poszanowania praw człowieka akcja zbrojna w stosunku do państwa uporczywie ją naruszającego jest nie tylko w pełni usprawiedliwiona moralnie, ale i usprawiedliwiona na gruncie prawa międzynarodowego. Nie jest dla nich przy tym ważne kto tę sankcję egzekwuje. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby odbywało się to pod auspicjami ONZ, lecz skoro nie jest to możliwe, to rolę aktywnego obrońcy praw człowieka mogą podjąć również inne struktury międzynarodowe.

Jeszcze inni uważają, że racje mogą mieć rzecznicy obu stanowisk. Fakt, iż prawo międzynarodowe w tym konkretnym wypadku daje sposobność do przeprowadzenia dokładnie sprzecznych, a przy tym nie pozbawionych racji wykładni, które służyć mogą ante factum bądź post factum do uzasadnienia określonych działań grupy państw na arenie międzynarodowej, akcji zbrojnej nie wyłączając, stanowi wielce wymowne świadectwo niespójności tegoż prawa, jego nieadekwatności oraz niezdolności do jednoznacznego i nie budzącego wątpliwości rozwiązywania fundamentalnych problemów polityki światowej. Słowem, prawo międzynarodowe w dotychczasowej formule jest anachroniczne i w związku z tym wymaga pilnej przebudowy. To niezaprzeczalny wniosek płynący z lekcji kosowskiej i będącej jej konsekwencją akcji NATO.

Przyczyny fiaska ONZ, która po ponad 50 latach do złudzenia przypomina swą słynącą z nieskuteczności poprzedniczkę – Ligę Narodów, z pewnością są złożone. Według M. Bankowicza, na plan pierwszy wysuwają się dwie sprawy. Pierwsza to oparcie systemu oenzetowskiego na dość dogmatycznie pojmowanej zasadzie suwerenności państwowej, druga zaś to skonstruowanie w obrębie ONZ wadliwego systemu decyzyjnego.

Suwerenność państwowa jest kluczowym pojęciem prawa międzynarodowego i tak naprawdę tylko ona jest przez to prawo chroniona. Obrona innych zasad np. zasady poszanowania praw człowieka albo nie jest podjęta w ogóle, albo też w sposób wyjątkowo enigmatyczny. Profesor Eugeniusz Piontek w opublikowanym na łamach „Rzeczypospolitej” artykule pod jednoznacznym tytułem W sprawie legalności akcji NATO ubolewa, iż „tradycyjne prawo międzynarodowe zbudowane zostało na założeniu bezwzględnej supremacji państwa jako pierwotnego i nieograniczonego podmiotu tego prawa oraz wzajemnej równości tych podmiotów jako bytów suwerennych. Konsekwencją tego założenia jest niepodleganie jednych państw władztwu innych państw w myśl zasady par in parem non habet imperium”. Skoro zatem państwo jest suwerenne, to w swych granicach czynić może wszystko, co uzna za stosowne.

Praktyczną konsekwencją z kolei zasady suwerenności jest zasada nieingerencji w wewnętrzne sprawy państwa, co bardzo wyraźnie i bez żadnych niedomówień stwierdza Karta Narodów Zjednoczonych. Stawianie zasady suwerenności państwowej i zasady nieingerencji ponad wszystkimi innymi zasadami jest jego zdaniem błędem prawa międzynarodowego. Profesor Piontek w przytoczonym powyżej tekście domaga się dowartościowania zasady poszanowania podstawowych praw jednostki ludzkiej i praw człowieka oraz wyniesienie jej do rangi równoważnej zasadzie suwerenności państwowej. Zaś to, której z nich w danej chwili należy się pierwszeństwo, winno być rozstrzygnięte po drobiazgowej i wszechstronnej analizie konkretnej sytuacji.

Wadliwy mechanizm decyzyjny ONZ polega na tym, że Zgromadzenie Ogólne skupiające wszystkie państwa członkowskie jedynie debatuje, bo prawdziwe decyzje zastrzeżone są dla Rady Bezpieczeństwa. Przy czym Rada jest zazwyczaj sparaliżowana, gdyż może podejmować rozstrzygające decyzje – w tym o użyciu sankcji zbrojnych przeciwko państwu zagrażającemu międzynarodowemu bezpieczeństwu i pokojowi – wyłącznie w warunkach jednomyślności pięciu jej stałych członków, tj. Stanów Zjednoczonych, Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii i Chin. W skład Rady wchodzi poza tym dziesięciu niestałych członków wybieranych przez Zgromadzenie Ogólne co dwa lata. Rada Bezpieczeństwa, zgodnie z Kartą NZ, odpowiedzialna jest za utrzymanie międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa.

Każdy z pięciu stałych członków Rady dysponuje prawem weta i jest w stanie skutecznie zablokować wszelkie działania Rady Bezpieczeństwa sprzeczne, bądź choćby nie do końca zbieżne z jego interesami czy ambicjami. W efekcie Rada Bezpieczeństwa nie jest zdolna do podjęcia decyzji w sprawach o pierwszorzędnym znaczeniu, ponieważ to właśnie w nich ujawniają się sprzeczne interesy pięciu mocarstw. Do wyjątków należy zgoda stałych członków Rady Bezpieczeństwa na podjęcie kroków w imieniu Narodów Zjednoczonych i w tym samym całej społeczności międzynarodowej, jak np. użycie siły wobec Iraku w 1991 r.

Działania zbrojne Sojuszu Północnoatlantyckiego wobec Jugosławii, która w sposób przewlekły i zarazem drastyczny naruszała prawa człowieka, rzecz jasna nie mieszczą się w ścisłych ramach obowiązującego prawa międzynarodowego. Przyjęcie formalistycznego punktu widzenia prowadziłoby wręcz do stwierdzenia, iż oznaczają one złamanie tego prawa skoro tylko Rada Bezpieczeństwa może zadecydować o zastosowaniu sankcji zbrojnych. W tym przypadku próżno by jednak oczekiwać na decyzję Rady. Bezczynność byłaby zatem równoznaczna z poszanowaniem prawa międzynarodowego, ale jednocześnie oznaczałaby pozwolenie na czystki etniczne i akty ludobójstwa w samym sercu Europy. Zwolennicy takiego punktu widzenia mogą więc twierdzić, że działania zbrojne NATO nie tyle naruszały prawo międzynarodowe, co ujawniały jego strukturalny kryzys lub też przełamywały jego ograniczenia. Teorię tą podtrzymuje m.in. Aleksander Smolar, który w zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” artykule zauważa: „Można łatwo zrozumieć decyzję NATO. Niedostosowanie norm prawa międzynarodowego do obecnych warunków i wartości, które świat w coraz większym stopniu uznaje, jest oczywiste”.

Zwolennicy tej opcji uważają również, iż należy przede wszystkim odejść od bezwzględnego prymatu w prawie międzynarodowym zasady suwerenności państwowej. Nie może ona być, ich zdaniem, przykrywką dla gwałcenia podstawowych praw człowieka, naruszania norm humanitarnych czy prześladowania mniejszości narodowych.

Bezprecedensowa i odważna decyzja NATO o użyciu sił zbrojnych w stosunku do Jugosławii jest być może zwiastunem nowego prawa międzynarodowego, dla którego suwerenność państwowa i nieingerencja w wewnętrzne sprawy państwa mogą mieć rangę taką samą jak prawa człowieka i dla którego niemoc ONZ nie stanowi problemu nie do rozwiązania.

Przykładem takiego rozwoju sytuacji może być koncepcja strategiczna przyjęta przez NATO na ostatnim szczycie w Waszyngtonie w kwietniu 1999 r., która jest sformułowana bardzo ogólnie, tak by później każde możliwe wydarzenie mieściło się w szerokiej formule udzielenia pomocy, nawet kosztem naruszenia suwerenności danego państwa.

Wolę wytworzenia nowego prawa międzynarodowego pokazują także zyskujące na dynamice prace zmierzające do powołania Stałego Międzynarodowego Trybunału Karnego. Ma on sądzić odpowiedzialnych za akty ludobójstwa, zbrodnie wojenne lub zbrodnie przeciwko ludzkości, wobec których państwowy wymiar sprawiedliwości nie wdraża postępowania. Uruchomienie Trybunału przyniosłoby znaczące ograniczenie wyłączności państwa do jurysdykcji w sprawach karnych, co niewątpliwie tworzyłoby zupełnie nową jakość w prawie międzynarodowym.

Kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego w roku 2010 w Internecie

5/5 - (9 votes)

W 2010 roku Bronisław Komorowski, ówczesny marszałek Sejmu, prowadził kampanię wyborczą na Prezydenta RP. Jego kampania w Internecie skupiała się głównie na wykorzystywaniu serwisów społecznościowych, takich jak Facebook i Twitter, do nawiązywania bezpośredniego kontaktu z wyborcami i dzielenia się informacjami na temat swoich poglądów i działań. Kampania także korzystała z tradycyjnych form reklamy online, takich jak banery reklamowe i reklamy w wyszukiwarkach. Ponadto, organizowano wiele wydarzeń w Internecie, takich jak transmisje na żywo i debaty, aby zwiększyć zaangażowanie wyborców.

Mimo prowadzenia w sondażach wyborczych, Bronisław Komorowski nie szczędził wysiłków, aby przyciągnąć uwagę również internautów. Po wejściu na jego witrynę bronislawkomorowski.pl „osobiście” witał odwiedzających i zachęcał do zapoznania się z treścią strony. Było to unikatowe rozwiązanie w stosunku do innych witryn kandydatów, jednakże przyczyniło się nieco do nadmiernego obciążenia strony multimediami – nie zawsze dźwięk szedł w parze z ruchem wirtualnego Marszałka. Zastosowanie technologii flashowej, właściwe dobranie kolorystyki i interaktywny charakter witryny zwiększały atrakcyjność tej strony Web. Niewątpliwie wyróżniała się na tle konkurentów (Rysunek 14).

Niemniej jednak, strona WWW Bronisława Komorowskiego pod względem funkcjonalnym nie była ideałem. Na ograniczenie ergonomiczności wpływ miało zastosowanie za małej czcionki z niewielkimi odstępami między znakami – ocena 4,7. W układzie funkcjonalnym zabrakło mapy strony oraz widocznego zaznaczenia aktualnej sekcji i zakładek – nota 4,8. W ramach innych rozwiązań technologicznych warto zwrócić uwagę na konieczność instalowania wtyczki, umożliwiaj ącej przeglądanie strony w całości, wysokie obciążenie grafiką, które skutkowało opóźnieniem w ładowaniu elementów witryny oraz niedopasowanie do różnych rozdzielczości (przy zmianie rozmiaru ekranu pojawiał się suwak poziomy) a także brak optymalizacji wydruku (elementy techniczne – 3,98 pkt.). Łącznie, na płaszczyźnie funkcjonalnej, witryna Bronisława Komorowskiego uzyskała 13,48 pkt.

Rysunek 14. Strona WWW kandydata na Prezydenta RP – Bronisława Komorowskiego.

Źródło: bronislawkomorowski.pl (19-06-2010).

Na witrynie pojawiły się bardzo ciekawe rozwiązania marketingowe i w tej płaszczyźnie uzyskała wysoką ocenę – 15,29 pkt. W odniesieniu do kandydata zabrakło jedynie wpisów z bloga i prezentacji sztabu wyborczego (WWW a kandydat – 4,52 pkt.). Strona straciła punkty w notowaniu ze względu na proponowanie subskrybowania newslettera, którego (mimo akceptacji na dwa różne adresy e-mail) nigdy nie dostarczono. Bronisław Komorowski wystrzegł się próśb, poprzez swój serwis, o wsparcie finansowe w kampanii (WWWa wyborca – 4 pkt.), ale zatroszczył się o media, proponując kanały RSS, pobranie materiałów wyborczych i publikowanie informacji prasowych (WWW a media – 4,2 pkt.). W ramach innych narzędzi marketingowych, Marszałek Sejmu zaproponował m.in. możliwość wysłania e-kartki, tworzenie swojego wizerunku ze zdjęć popierających go internautów oraz modyfikacje strony w postaci wersji mobile i WAI – nota 2,57.

Rosjanie: EÜRP i VEE

5/5 - (10 votes)

z pracy dyplomowej na temat wyborów parlamentarnych w Estonii

Rosjanie, dzięki wspólnej liście wyborczej, wprowadzili do Riigikogu VIII kadencji (1995-1999) sześciu swoich przedstawicieli. Jedność trwała tylko nieco ponad rok – znać o sobie dały wzajemne animozje i w grudniu 1996 frakcja parlamentarna „Meie Kodu on Eestimaa!” rozpadła się. Od tej chwili Rosjanie nie mieli w parlamencie swojego klubu parlamentarnego – potrzeba do tego co najmniej sześciu posłów. Wiktor Andriejew, Sergiej Issakow i Sergiej Iwanow reprezentowali EÜRP (Zjednoczona Ludowa Partia Estonii), a Nikołaj Maspanow, Igor Sedaszew i Walentin Strukow – VEE (Partia Rosyjska w Estonii).

Nieco wcześniej, 2 marca 1996 roku VEE wchłonęła Rosyjską Partię Ludową, trzecie pod względem znaczenia ugrupowanie Rosjan estońskich, grupujące głównie sowieckich nacjonalistów. To jeszcze bardziej przesunęło partię Maspanowa (który zastąpił na czele partii Sergieja Kuzniecowa) na pozycje skrajne, nacjonalistyczne, i było jednym z powodów rozpadu wspólnego klubu parlamentarnego z bardziej umiarkowaną EÜRP. Rok później doszło do rozłamu w VEE – secesjoniści, z posłem Sedaszewem na czele utworzyli Partię Rosyjskiej Jedności (Vene Ühtsuspartei – VÜP). Grupa ta wyraźnie ewoluowała w kierunku partii Andrejewa i rzeczywiście, niebawem rozpoczęła negocjacje z EÜRP.

14 grudnia 1998 liderzy EÜRP, VÜP i ESDTP (polityczny spadkobierca KPE) podpisali porozumienie o wspólnym starcie w wyborach. Na liście zdecydowanie najsilniejszej w tym towarzystwie EÜRP znaleźć się mieli reprezentanci dwóch pozostałych ugrupowań. „Zasadniczym naszym celem jest zjednoczenie centrolewicowych sił w celu zdecydowanej zmiany w polityce społeczno-ekonomicznej kraju”- mówił rzecznik Zjednoczonej Partii Ludowej Estonii. Dodał także, że centrolewicowe partie chcą zmiany polityki w dziedzinach obywatelstwa, języka państwowego, edukacji i kultury w imię ochrony interesów innych grup narodowych. We wspólnym oświadczeniu podkreślono, że sojusz partii rosyjskich i ESDTP to dowód na to, że Estończycy i nie-Estończycy mogą i powinni być sprzymierzeńcami „w walce o prawdziwą demokrację i sprawiedliwość społeczną”. Znaczący wpływ na porozumienie musiały mieć opublikowane w listopadzie wyniki badań społecznych – EÜRP uzyskała 2%, a ESDTP i VÜP po 1.

Brak porozumienia miedzy listą EÜRP i VEE może zaowocować podziałem głosów i pozostaniem poza Riigikogu partii rosyjskich – ostrzegali analitycy. Według niektórych z nich brak reprezentacji mniejszości narodowych w parlamencie nie byłby korzystny dla państwa estońskiego, szczególnie w obliczu chęci wstąpienia do Unii Europejskiej. 100-150 tys. Rosjan uprawnionych do głosowania (ok. 1/5 elektoratu) wcale nie gwarantowało znalezienia się w parlamencie którejś z partii rosyjskich. Zdaniem części analityków wielu rosyjskich wyborców mogło zwrócić się ku partiom estońskim lub w ogóle nie zagłosować. Byłoby to efektem rozczarowania społeczności rosyjskiej skutecznością skłóconej szóstki rosyjskich posłów, szczególnie na polu języka i obywatelskim.

Podzielonym i mającym niskie notowania rosyjskim politykom pomogło kilka wydarzeń mających miejsce w ciągu ostatniego półrocz przed wyborami. Po zaostrzeniu ustawodawstwa językowego, partie rosyjskie zaczęły „grać” na niezadowoleniu społeczności rosyjskiej – a część Rosjan, chcących wcześniej zagłosować na jakąś partię estońską, zmieniła zdanie. Burze i podobne skutki wywołało również zarządzenie ministra sprawiedliwości Paula Varula, uznające za nielegalne reklamy wyborcze w języku rosyjskim (powołał się na część ustawy, mówiącą, że wszystkie publiczne napisy i informacje muszą być w języku estońskim). Sytuacja, otrzymujących w sondażach 1-2 proc., partii rosyjskich, a szczególnie EÜRP, zmieniła się także na korzyść, gdy bałtycki kanał telewizji ORT dał im czas antenowy (większość Rosjan w Estonii informacje czerpie z mediów rosyjskich).

Na poniższym wykresie łatwo prześledzić wpływ wydarzeń politycznych na popularność obu partii. Echa zmian w ustawodawstwie językowym i związana z tym radykalizacja nastrojów mniejszości rosyjskiej zaowocowały przewagą nacjonalistów z VEE w drugiej połowie 1998 r. Pozyskanie przez EÜRP partii Sedaszewa i postkomunistów z ESDTP (mających wciąż pewne wpływy w robotniczych środowiskach Ida-Virumaa) pozwoliło zniwelować straty do głównego rywala na przełomie 1998 i 1999 r. Decydujące było jednak zdobycie przez partię Andrejewa i Iwanowa dominującej pozycji w rosyjskich mediach – im bliżej dnia wyborów, tym, w efekcie ostrej propagandy medialnej, lepsze notowania EÜRP, oczywiście kosztem odsuniętej od TV rosyjskiej VEE.

Program

Programy obu rosyjskich ugrupowań miały lewicowe oblicze, przy czym w postulatach VEE było dużo więcej akcentów nacjonalistycznych i populistycznych.

Eestimaa Ühendatud Rahvapartei powoływała się na idee zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji, a za jeden z głównych celów swoich uznawała wzmocnienie społecznej orientacji w gospodarce rynkowej. Rosjanie przestrzegali: „Uważamy, że prawicowa polityka ekonomiczna i etniczna jest niebezpieczna dla bytu państwa estońskiego”. Rosyjska partia zgadzała się na wprowadzenie progresywnego podatku dochodowego, ale tylko w ramach całościowego pakietu zmian w systemie podatkowym, gdyż „sam podatek progresywny nie da zadowalających rezultatów”.

W swoim programie EÜRP przekonywała oczywiście, jak ważnym partnerem dla Estonii jest jej wielki rosyjski sąsiad. Unikając kwestii politycznych, Rosjanie wskazywali na korzyści ekonomiczne płynące ze zbliżenia z Rosją. Według nich, stosunki z Moskwą powinny być znormalizowane, „ponieważ jest to ogromny rynek zbytu dla naszych produktów rolnych”. A „rozwój rolnictwa to kwestia bezpieczeństwa narodowego”.

EÜRP nie ma nic przeciw UE, ale jest zdecydowanie wroga wchodzeniu Estonii do NATO. Choć i w tym pierwszym przypadku „wejście do Unii powinno mieć miejsce dopiero wtedy, gdy estońska gospodarka i prawo będą na to gotowe”, a zadecydować powinno referendum wśród ludności.

Wychodząc z założenia, że „obywatelstwo, a nie język, jest decydujący w procesie integracji społecznej”, EÜRP krytykuje dotychczasową politykę integracyjną i żąda jej zmiany.

„Państwo dla ludzi, a nie ludzie dla państwa”- brzmiało hasło radykałów z VEE. To oznacza jednakowe polityczne, obywatelskie i socjalne prawa dla wszystkich stałych mieszkańców Estonii. Partia Maspanowa, podobnie jak EÜRP, zgadzała się na wejście do UE, a przeciwna była NATO – „Estonia powinna pozostać neutralnym państwem, które nie należy do żadnego bloku militarnego”.

Rosyjska Partia w Estonii miała zdecydowanie lewicowe poglądy na gospodarkę. Popierała podatek dochodowy progresywny i żądała wprowadzenia ceł i kwot na importowane z zagranicy produkty rolne. „Rolnictwo musi być wspierane przez budżet państwa, a eksport artykułów rolnych powinien być dofinansowywany”.

„Poziom stabilizacji estońskiego społeczeństwa zależy od stopnia liberalizacji polityki w dziedzinie obywatelstwa i naturalizacji”- radykałowie z VEE żądali zniesienia, dyskryminujących ich zdaniem, reguł nadawania obywatelstwa.

Kampania wyborcza Marka Jurka w roku 2010

5/5 - (7 votes)

Przewodniczący Prawicy Rzeczypospolitej swoją stronę zarejestrował pod adresem marekjurek2010.pl. Choć nigdzie na stronie głównej nie zamieścił informacji, że startuje w wyborach z ramienia Prawicy RP, to na głównym zdjęciu pokazane jest w tle logo tej formacji (Rysunek 12). Mimo przejrzystości i estetycznego wykonania, witryna pozostawała prosta, mało ciekawa, wręcz smutna i konserwatywna. Znaleźć na niej można było ubogo skrojony życiorys kandydata, informacje o rodzinie i publikacjach, aktualności i materiały wyborcze, wpisy z bloga, kontakt do sztabu oraz linki do powiązanych stron i kont w portalach społecznościowych. Intrygującym elementem menu, była zakładka „Chcę pomóc”, pod którą znalazł się apel o wsparcie finansowe w kampanii a nie, jakby to sugerowała nazwa, propozycja pomocy wyborcom.

Efektem prostoty tej witryny było nadanie jej dużej użyteczności, stąd w analizie porównawczej na płaszczyźnie funkcjonalności uzyskała jeden z najwyższych wyników: 13,5 na 15 możliwych punktów. Najlepiej wypadła w kategorii dotyczącej elementów technicznych (4,75 pkt.), następnie za układ funkcjonalny otrzymała 4,6 pkt., zaś za ergonomię – 4,15 pkt.

Rysunek 12. Strona WWW kandydata na Prezydenta RP – Marka Jurka.

Źródło: marekjurek2010.pl (15-06-2010).

W kampanii Marka Jurka najwyraźniej zabrakło specjalisty od e-marketingu, gdyż pod tym względem jego serwis prezentował się wyjątkowo mizernie – 8,34 pkt. na 20 możliwych. W stosunku do samego kandydata, jego strona WWW oferowała niemalże ascetycznie zaprezentowane informacje. Nie zawierała niczego, ponad obowiązkowe komponenty strony wyborczej a i z tymi był problem. Zabrakło programu wyborczego, galerii zdjęć, informacji o komitecie wsparcia, stąd jedynie 2,25 pkt. w tej kategorii. Niewiele też znalazł tu potencjalny wyborca. Żadnych danych o zbliżających się wydarzeniach wyborczych, ani możliwości subskrybowania newslettera, za to uwypuklono odniesienia do portali społecznościowych (WWW a wyborca: ocena 3). Całkowitym fiaskiem Marka Jurka było pominięcie mediów w kreowaniu własnej strony internetowej (w kategorii WWW a media: ocena 1) oraz niezastosowanie żadnych innych narzędzi marketingowych (ocena 2,09 podwyższona za w miarę dobre wypozycjonowanie serwisu).